Posts tagged ‘cierpienie’

„Strach” Srokowskiego- przerażające opowiadania o wojennych Kresach

„Strach, opowieści kresowe”. Stanisława Srokowego to bardzo trudna książka dla ludzi o mocnych nerwach.

Najpierw bandy OUN zaatakowały sąsiednie wsie. Potem przeniosły się na północ. Płonął Wołyń. A po nim Podole i Pokucie. Płonęły Kresy. Ogarniał nas przerażający strach. Widzieliśmy cały koszmar zniszczenia, degradację człowieka i natury ludzkiej.

Książka ta, to 12 opowieści mówiących o mordowaniu Polaków prze Ukraińców.

Wszelkie podobieństwa nazw, nazwisk i postaci do nazw, nazwisk i postaci realnych są dziełem przypadku. Ale historie są prawdziwe, zdarzyły się rzeczywiście…

Wraz z autorem przenosimy się w świat polskich Kresów, które straciliśmy w wyniku niekorzystnych dla nas powojennych rozstrzygnięć terytorialnych.

Te dwanaście opowiadań pełnych jest wstrząsających, drastycznych i przerażających słów. Są to opisy tortur i niepojętego cierpienia, które ma być zadawane dla dobra i chwały Ukrainy. Wszystkie te historie łączy jedna emocja – przerażający strach. Wszechobecny i wszechogarniający. Strach ten był po obu stronach. Strach żołnierzy, strach rodzin walczących o przeżycie swoje i dzieci.

(więcej…)

Reklamy

Czytelniczka przekonuje: „Bóg nigdy nie mruga”

Dzień dobry,

I chyba się udało zachęcić „naszych” czytelników do pisania o nadziei. Kolejna propozycja od Państwa. Książka.
Pani Karolina Mucha przysłała do nas sympatyczny list oraz link do takiej oto recenzji:

Bóg nigdy nie mruga
Autor: Regina Brett
Wydawnictwo: Insignis

Ilu trzeba doświadczyć nieszczęść i cierpień, by zacząć cieszyć się życiem?

To zależy. Przede wszystkim od tego, jak bardzo lubimy użalać się nad sobą i karmić swoje poczucie krzywdy czy rozżalenie ciągłym narzekaniem. Jednak chyba każdego – nawet urodzonego pesymistę – można w końcu złamać, zmuszając go, by najpierw przyznał, że choć życie jest niesprawiedliwe, to i tak jest dobre, a następnie by nauczył się z niego korzystać. Takiego przekonania można przynajmniej nabrać po lekturze książki Bóg nigdy nie mruga Reginy Brett.

Amerykańska felietonistka kieruje do swych czytelników pięćdziesiąt lekcji, których główne przesłanie dość łatwo odczytać: warto żyć. A to, jak będzie wyglądał każdy nasz dzień, zależy przede wszystkim od nas samych – czyli od dokonywanych przez nas wyborów, od naszej wytrwałości i determinacji w realizacji wyznaczonych sobie celów oraz od wewnętrznego nastawienia, z jakim będziemy przyjmowali rzucane przez los wyzwania (niektórzy powiedzieliby: ciosy). Krótko mówiąc: możesz albo być szczęśliwy, albo zrozpaczony. Jedno i drugie wymaga tyle samo wysiłku, a wszystko zaczyna się od decyzji, by być szczęśliwym. Trąci banałem? Być może. Faktycznie, większość proponowanych tu tematów lekcji nie wyróżnia się oryginalnością, a już same ich tytuły przypominają setki innych poradnikowych zaleceń. Na przykład o tym, że jedyną osobą, która potrafi Cię uszczęśliwić, jesteś Ty sam – przynajmniej teoretycznie – wiedzą chyba wszyscy.

W dodatku nie bezzasadne wydaje się pytanie: dlaczego autorka przyjmuje na siebie rolę nauczycielki, udzielającej czytelnikom lekcji? Czego takiego dokonała, by zyskać prawo do pouczania innych, do mówienia im, jak należy postępować? Sprawa nie jest prosta. Regina Brett nie posiada stosownych tytułów naukowych – nie jest ani teologiem, ani etykiem, ani psychologiem czy terapeutą. Uważa natomiast, że jej własny los, kolejne walki z życiem i o życie nauczyły ją tak wiele, że warto te doświadczenia przekazywać innym. Dorastanie w trzynastoosobowej rodzinie, molestowanie, gwałt, samotne i młode macierzyństwo, późne małżeństwo oraz walka z rakiem to rzeczywiście całkiem spory bagaż, który niosącego go człowieka może wiele nauczyć. Na przykład tego, że Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć.

Warto jednak podkreślić, że Regina Brett nie ogranicza się do głoszenia popularnych, dobrze brzmiących haseł – w poszczególnych rozdziałach próbuje nadać im konkretny sens, uzasadnić ich słuszność w oparciu o przykłady z własnego życia (którym dzieli się z zadziwiającą niekiedy otwartością i szczerością) oraz o anegdoty dotyczące jej bliskich i znajomych – ludzi szczęśliwych, spełnionych, wykorzystujących każdy dzień w stu procentach. Ludzi potrafiących przyznać, że to, co ich spotyka, wynika nie z niedopatrzenia, lecz woli Bożej, bo przecież Bóg nigdy nie mruga. Głębokie przekonanie o słuszności tego stwierdzenia sprawia, że z poszczególnych tekstów obfitym strumieniem wypływają radość, optymizm i nadzieja, swym rwącym nurtem zagarniając wszystko po drodze – zarówno aktualne myśli, przeszłe doświadczenia, jak i plany na przyszłość czytelnika.

Bo przecież zawsze, mimo wszystko, warto żyć.

Recenzja ukazała się pierwotnie na granice.pl .

Czekamy na kolejne meile i komentarze, zarówno tu jak i na profilu FB akcji.

Cierpienie, które zbliża do Boga

Wyobraź sobie, że nic w Twoim życiu nie jest pewne. Że przeżycie kolejnego dnia staje pod znakiem zapytania. Szpital okazuje się być drugim domem, a wyjście z niego jest jak dawno wyczekiwane wakacje. Jednak nawet zakończenie konkretnego etapu leczenia nie daje pewności, że niedługo choroba nie wróci. A miało być tak pięknie…

Mary McDonnel wyszła za mąż za Seana w wieku 24 lat. Młodzi małżonkowie mieli przed sobą całe życie, które już od początku zapowiadało się cudownie. Oszczędzali na dom, który po zakupie wspólnie remontowali i meblowali. Wszystko odbywało się w atmosferze radości. W końcu, jak pisze autorka „skoro ciężko pracujesz, czy nie zasługujesz na nagrodę?”. Jednak niedługo już mieli przekonać się, jak bardzo nieprzewidywalne potrafi być życie.

Kilka tygodni po ślubie Mary zaszła w ciążę. Jednak piękny czas oczekiwania przerwała choroba – ostra białaczka limfatyczna. Od tego momentu życie jej i jej męża wypełniło ogromne cierpienie, które co jakiś czas wracało i wywracało znowu ich życie. W większości sytuacji winowajcą był rak.” (fragment recenzji z portalu Zaczytaj się!, http://zaczytajsie.pl/?p=1845&preview=true)

Ta książka już od pierwszych stron zaintrygowała mnie. Mary od lat mogłaby zamknąć się w sobie i zgorzknieć pod wpływem swoich przeżyć. W końcu ile można żyć w niepewności, na krawędzi? Ile razy można wracać z kolejnymi formami nowotworu do szpitala? Ile człowiek może znieść? Okazuje się, że mając obok siebie życzliwych ludzi oraz wierząc w Boga można przejść wiele, przy okazji zaś wyciągnąć z trudności największą naukę, jaką mogą dać – warto cieszyć się chwilą i żyć tym dniem, który jest dziś. Nie w przeszłości, nie w przyszłości, ale dzisiaj. Oczywiście – warto planować różne rzeczy czy wspominać dobre chwile, ale najważniejsze jest, by nie wybiegać za bardzo w przód czy uciekać w tył.

Wracam do tej książki w ciężkich chwilach, gdy mi samej brakuje sił. Pokazuje mi ona, że nawet w najtrudniejszych chwilach należy pamiętać, że trudności to jedna strona medalu, a drugą jest życie, które w swojej istocie jest piękne. I nawet będąc w tak trudnej sytuacji – leżąc w szpitalu – można się nim cieszyć. Przynajmniej zaś mieć nadzieję, że trudności przeminą i nadejdą lepsze dni.

Po lekturze dochodzę do wniosku, że trudno jest współczuć autorce. Ją cierpienie nauczyło inaczej patrzeć na życie, dzięki czemu jest szczęśliwa. W życiu każdy z nas cierpiał, cierpi i cierpieć będzie, jednak ważne jest, co my z tym cierpieniem zrobimy. Opowieść Mary daje inspirację do zmian i motywację do tego, by wytrwać. I dlatego też ta książka moim zdaniem zasługuje na miano „Książki z nadzieją”.

Mary McDonnell, „Rak, modlitwa i ocalenie”. Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2011. ss. 120, ISBN: 978-83-7354-398-0

Chmurka tagów