Archive for Kwiecień, 2012

Cierpienie, które zbliża do Boga

Wyobraź sobie, że nic w Twoim życiu nie jest pewne. Że przeżycie kolejnego dnia staje pod znakiem zapytania. Szpital okazuje się być drugim domem, a wyjście z niego jest jak dawno wyczekiwane wakacje. Jednak nawet zakończenie konkretnego etapu leczenia nie daje pewności, że niedługo choroba nie wróci. A miało być tak pięknie…

Mary McDonnel wyszła za mąż za Seana w wieku 24 lat. Młodzi małżonkowie mieli przed sobą całe życie, które już od początku zapowiadało się cudownie. Oszczędzali na dom, który po zakupie wspólnie remontowali i meblowali. Wszystko odbywało się w atmosferze radości. W końcu, jak pisze autorka „skoro ciężko pracujesz, czy nie zasługujesz na nagrodę?”. Jednak niedługo już mieli przekonać się, jak bardzo nieprzewidywalne potrafi być życie.

Kilka tygodni po ślubie Mary zaszła w ciążę. Jednak piękny czas oczekiwania przerwała choroba – ostra białaczka limfatyczna. Od tego momentu życie jej i jej męża wypełniło ogromne cierpienie, które co jakiś czas wracało i wywracało znowu ich życie. W większości sytuacji winowajcą był rak.” (fragment recenzji z portalu Zaczytaj się!, http://zaczytajsie.pl/?p=1845&preview=true)

Ta książka już od pierwszych stron zaintrygowała mnie. Mary od lat mogłaby zamknąć się w sobie i zgorzknieć pod wpływem swoich przeżyć. W końcu ile można żyć w niepewności, na krawędzi? Ile razy można wracać z kolejnymi formami nowotworu do szpitala? Ile człowiek może znieść? Okazuje się, że mając obok siebie życzliwych ludzi oraz wierząc w Boga można przejść wiele, przy okazji zaś wyciągnąć z trudności największą naukę, jaką mogą dać – warto cieszyć się chwilą i żyć tym dniem, który jest dziś. Nie w przeszłości, nie w przyszłości, ale dzisiaj. Oczywiście – warto planować różne rzeczy czy wspominać dobre chwile, ale najważniejsze jest, by nie wybiegać za bardzo w przód czy uciekać w tył.

Wracam do tej książki w ciężkich chwilach, gdy mi samej brakuje sił. Pokazuje mi ona, że nawet w najtrudniejszych chwilach należy pamiętać, że trudności to jedna strona medalu, a drugą jest życie, które w swojej istocie jest piękne. I nawet będąc w tak trudnej sytuacji – leżąc w szpitalu – można się nim cieszyć. Przynajmniej zaś mieć nadzieję, że trudności przeminą i nadejdą lepsze dni.

Po lekturze dochodzę do wniosku, że trudno jest współczuć autorce. Ją cierpienie nauczyło inaczej patrzeć na życie, dzięki czemu jest szczęśliwa. W życiu każdy z nas cierpiał, cierpi i cierpieć będzie, jednak ważne jest, co my z tym cierpieniem zrobimy. Opowieść Mary daje inspirację do zmian i motywację do tego, by wytrwać. I dlatego też ta książka moim zdaniem zasługuje na miano „Książki z nadzieją”.

Mary McDonnell, „Rak, modlitwa i ocalenie”. Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec, Kraków 2011. ss. 120, ISBN: 978-83-7354-398-0

Grzechy zapomniane

Poszłam niedawno do spowiedzi. Wypadało, w końcu już minęło ponad półtora miesiąca, a ze względu na zbliżający się pobyt w szpitalu lepiej było się wyspowiadać niż nie wyspowiadać. Podeszłam do konfesjonału, powiedziałam co trzeba, usłyszałam kilka pobożnych frazesów i wyszłam. Jakież było moje zaskoczenie, gdy akurat w momencie, gdy odchodziłam od kratek organista śpiewał:

Szczęśliwy ten, komu została odpuszczona nieprawość,/ którego grzech został puszczony w niepamięć. /Szczęśliwy człowiek, /któremu Pan nie poczytuje winy, /w którego duszy nie kryje się podstęp. (Ps 32, 1-2)

No cóż, nieprawość… Człowiek dąży do świętości, a nie jest świętym, więc czasem noga mu się podwinie. Bywa. Po to jest spowiedź, by te grzechy i grzeszki szczerze wyznać i z konfesjonału wyjść już czystym, z dodatkową łaską i świadomością przebaczenia danego od Boga. Tyle teoria.

Długo się zastanawiałam (i ciągle się zastanawiam!) po co jest spowiedź. Czasem wydaje mi się nawet, że więcej duchowej korzyści wyciągnęłabym z rozmowy z mądrym księdzem czy oczytanym teologiem, który różne kwestie przemyślał, bądź ze znajomym, który coś w życiu przeżył, niż z tych kilku słów, które kapłan mówi w pośpiechu na chybił trafił wierząc, ze trafi dobrze. No ale spowiedź nie jest dyskusją, lecz bezdyskusyjnym wyznaniem grzechów przed Bogiem. O fakcie popełnienia grzechu raczej się nie dyskutuje, choć po spowiedzi, a czasem nawet w trakcie, warto porozmawiać o tym, jak grzechu unikać.

Póki milczałem, schnęły kości moje, / wśród codziennych mych jęków. / Bo dniem i nocą ciążyła / nade mną Twa ręka, / język mój ustawał / jak w letnich upałach. (Ps 32, 3-4)

Jak to jest z tym poczuciem winy? Zdarza się, że w życiu noga się nam podwinie nieco bardziej niż zwykle. Zamiast poczucia pewnego dyskomfortu z powodu przeklinania jest poczucie, że się zawaliło sprawę na całej linii. Ktoś został przez nas zraniony, doznał uszczerbku na zdrowiu. Różne rzeczy się w życiu dzieją. I co wtedy?

Jeśli ktoś ma sumienie uśpione, albo czyste, bo nieużywane, raczej się nie przejmie. Akurat w przypisywaniu winy innym ludziom bądź okolicznościom jesteśmy mistrzami. Kiedy jednak ktoś stara się być lepszym człowiekiem każdego dnia, takie potknięcie może zaboleć. W końcu – rozumujemy – skoro jesteśmy tacy dobrzy, to czemu tak zareagowaliśmy, postąpiliśmy lekkomyślnie? Naturalnym mechanizmem obrony zdaje się być stwierdzenie – to nie moja wina. Naturalnym, ale nie najlepszym. Odsunięcie od siebie winy ma być sposobem na pozostanie w dobrostanie duchowym. Tymczasem okazuje się, że nieprzyznanie się przed samym sobą do własnej niedoskonałości nie pozwala na duchowy wzrost. No bo po co poprawiać coś, skoro w naszym mniemaniu wszystko jest w porządku?

Po to jest właśnie spowiedź. Żeby nie milczeć. Żeby przed Bogiem wyznać: coś jest nie tak. Bo my, niestety, czasem – z różnych powodów – nie potrafimy przebaczyć sobie sami. Trudno jest przyjąć, że moje długotrwałe starania nie dają efektów. Powiedzenie tego Bogu, czy wyznanie grzechu, który żałujemy przez rozum – pozwala otworzyć się na łaskę. Bóg przez sakrament pokuty i pojednania działa. Bez jakichś specjalnych fajerwerków, umacnia i sprawia, że odchodząc od kratek mamy dodatkowy zastrzyk energii i motywację, by walczyć dalej.

Grzech mój wyznałem Tobie / i nie ukryłem mej winy. / Rzekłem: «Wyznaję nieprawość moją wobec Pana», / a Tyś darował winę mego grzechu. (Ps 32, 5)

Co daje wyznanie winy? Pogłębienie relacji z Bogiem. Pokazanie, ze traktujemy Go na poważnie, potrafimy się przyznać do błędu. I prosić o pomoc. To brzmi może jak drobiazg, ale przychodzenie do Boga wyłącznie po to by coś nam DAŁ przypomina wysyłanie rodzicom kartki z wakacji: „kochane pieniążki przyślijcie rodzice”. Relację buduje się w dobrych i złych chwilach, dzieląc się tym, co nas cieszy bądź smuci w rozmowach (modlitwie) i przepraszając za to, że nawaliliśmy (rachunek sumienia, spowiedź). Takie proszenie tylko wtedy, kiedy czegoś trzeba, zdaje się być pewnym nietaktem wobec Kogoś, kto chce z nami nawiązać więź.

Toteż każdy wierny będzie się modlił do Ciebie / w czasie potrzeby. / Choćby nawet fale wód uderzały, / jego nie dosięgną. / Tyś dla mnie ucieczką: / z ucisku mnie wyrwiesz, / otoczysz mnie radościami ocalenia. (Ps 32, 6-7)

Nie ma pomocy bez relacji. Nie ma prowadzenia przez Boga bez relacji. Bóg działa w różnych sytuacjach, czyni dobro również dla tych, którzy w Niego nie wierzą, natomiast kształtowanie człowieka przez Boga może się odbyć jedynie za jego wiedzą i zgodą.

Relacja z Bogiem pozwala nabrać nieco pewności w życiu codziennym. Nie jesteśmy skazani na cierpienie, zamiast tego są próby. W efekcie duchowego rozwoju znika strach, a pojawia się zaufanie do Boga. Wykonywanie codziennych prac staje się modlitwą. To wszystko sprawia, że w tym szalonym, niestabilnym świecie zyskujemy nieco stabilności duchowej. I choć dookoła będzie szalał wiatr, lał deszcz, my będziemy siedzieć w oku cyklonu spokojni, że sytuacja prędzej czy później się ustabilizuje.

«Pouczę cię i wskażę drogę, którą pójdziesz; / umocnię moje spojrzenie na tobie. / Nie bądźcie bez rozumu niczym koń i muł: / tylko wędzidłem i uzdą można je okiełznać, / nie zbliżą się inaczej do ciebie» (Ps 32,8-9)

To mówi Pan: nie bądź uparty, ponieważ upartych ludzi trzeba „trzymać krótko”. Jak młody człowiek raz czy drugi nie wróci do domu na umówioną porę rodziciele dają mu szlaban. Jeśli zaś dziecko wie, że rodzice mają konkretne wymagania, ale stara się zrozumieć dlaczego i ewentualnie negocjować, nie musi być traktowane tak ostro. Wie, że oni chcą dla niego dobrze, więc wróci o czasie.

Pomiędzy nami a Bogiem jest podobna relacja jak pomiędzy dojrzałym rodzicem a zbuntowanym nastolatkiem. Można unosić się honorem, można w ogóle nie rozmawiać a można budować relację, która będzie oparciem w najgorszych chwilach.

Liczne są boleści grzesznika, / lecz łaska ogarnia ufających Panu. / Cieszcie się sprawiedliwi i weselcie w Panu, / wszyscy o prawym sercu, wznoście radosne okrzyki! (Ps 32, 10-11)

„Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły”, śpiewamy w jednej z religijnych pieśni. Idąc z Bogiem, nie pozostaniemy nigdy bez pomocy, nawet w najgorszych chwilach życia. Przynajmniej On będzie.

I tylko zastanawia mnie, kto zasługuje na miano sprawiedliwego? Sprawiedliwy to ten, który idzie za Bogiem i stara się żyć Jego wolą. Nie odpowiada to powszechnej definicji, ale pasuje do Biblii. „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” czytamy w Liście do Rzymian (Rz 8, 31). Będąc w gronie sprawiedliwych, nie mamy się czego bać.

Chmurka tagów