„Wiktoria Zender jest autorką dwóch niesamowitych książek, w których opowiada o sobie, o swoim życiu przed i po oparzeniu całej twarzy kwasem, który wyżarł ciało aż do kości. Wstrząsająca historia, z którą najpierw spotkałam się osobiście.

Obok mnie, przy stoisku z serami, usłyszałam rozmowę po polsku. Wysoki, przystojny brunet niezdecydowanie wybierał jakiś szwajcarski ser. Powiedziałam „dzień dobry” i zaproponowałam radę. Para młodych ludzi była tutaj na wakacjach. Zaoferowałam oprowadzenie po miasteczku. Drobna kobieta stała bokiem, a jej twarz zasłaniała „kaskada” brązowych długich włosów, oraz maseczka w beżowym kolorze. Umówiliśmy się następnego dnia wieczorem.

W fotelach na tarasie wartko szła rozmowa o atrakcjach turystycznych i szwajcarskich ciekawostkach. Placek z morelami każdemu podawałam po kawałku na talerzyku. Niczym prysznic zimnej wody, usłyszałam:
– To ja bardzo proszę, czy mogłabym sobie zapakować. Proszę wybaczyć, ale zjem później – dodała Wiktoria, odstawiając talerzyk na stolik. – Nie ma sprawy, rozumiem, że masz jakiś problem – wtrącił mój mąż.

Tymczasem mężczyzna, wyjął z plecaka dwie książki. – To moja historia. – dopowiedziała młoda kobieta. – Wiktoria Zender to mój pseudonim literacki, pod którym kryje się jedna z ofiar oszusta i psychopaty. Moją twarz zżarła mieszanka żrących kwasów, jestem po ponad 80 operacjach plastycznych.

Spotkanie z Wiktorią Zender wywarło na mnie ogromne wrażenie. Pogodna, wesoła, dorosła dziewczyna, pełna radości życia. Wiktoria promienieje pozytywnie. Właściwie bez twarzy, bo starannie zakrywa ją chusteczką, a jednak jest osobą pełną wyrazu i ekspresji. Czy można mieć urok osobisty nie pokazując twarzy? To niebywałe, ale Wiktoria go ma.

Przyznam, że w księgarni nie pofatygowałabym się przeczytać okładki tych książek. W ten sposób ominęłabym dwie niesamowite pozycje wydawnicze.

Oba tomy „połykaliśmy” z mężem przez całą niedzielę, nie odrywając się od nich. Mąż sięgnął po pierwszą, a ja po drugą część. Aczkolwiek zaczęłam „od końca”, to moja kolejność była chyba trafniejsza, bo zaczęłam od sympatii i podziwu dla bohaterki, gdy tymczasem z nad pierwszej części mój mąż kiwał głową i burczał coś pod nosem z wyraźną irytacją.

W Strefie cienia (część pierwsza) Ula jest zbuntowaną nastolatką, spragnioną wolności i wydostania się spod skrzydeł troskliwych rodziców, rogatą duszą, lekkomyślną dziewczyną z prowincji, głodną przygód i ciekawą świata. Lecz gdy do niego wkracza z całym zaufaniem i naiwnością, spotyka na swej drodze mężczyznę, który zamienia ją w bezwolną, poddaną, uległą, a nawet bezkrytyczną dziewczynę, kompletnie zbajerowaną przez starszego od niej manipulanta, oszusta i psychopatę.

Ula irytuje tą swoją przemianą z bystrej inteligentnej nastolatki w głupiutką, naiwną i kompletnie zniewoloną. Płaci za to straszną, niewyobrażalną wprost cenę, jej całą twarz wyżera kwas do kości.

W Strefie światła (część druga) ta sama Ula jest kobietą dojrzałą, rozsądną, pełną pokory, wiary i nadziei, marzącą o miłości, tej jedynej, prawdziwej, bezwarunkowej. Ula nie poddaje się śmierci, walczy z bólem, z sobą, z akceptacją nowej fizjonomii. Walczy o każdy skrawek swojej nowej egzystencji. Dźwiga, jak sama pisze, swój krzyż.

W obu książkach, Wiktoria opowiadając swoją historię, rozlicza się z przeszłością. Ostatecznie zamyka ją, jak bilans rozrachunkiem, dlatego nadaje bohaterce imię Ula. Pierwszy tom czyta się jak kryminał, drugi jak love story. Oba „połyka” się łapczywie.

Wiktoria pisze niebanalnie i bardzo przekonywająco, pisze o tym, jak z wielu rzeczy i wartości nie zdajemy sobie nawet sprawy, o atrybutach, które zostały nam dane za darmo, a które są dla niej nieosiągalne za żadną cenę. O tym, że człowiek jest tylko opakowany w ciało.

Osobiste spotkanie z Ulą – bohaterką obu książek, z Wiktorią – debiutującą pisarką, oraz de facto, zwykłą sympatyczną, młodą kobietą w masce na twarzy, do której mąż mówi używając prawdziwego, zdrobniałego imienia, pozostanie dla mnie niezapomniane.

Gdy szliśmy ulicą małego szwajcarskiego miasteczka, ludzie patrzyli na nią tak samo, jak na jej męża i na mnie, wypowiadając zwyczajowe pozdrowienie „Tagvoll” *
– W Polsce ludzie nie patrzą, unikają spojrzenia „oko w oko”, a tutaj nie. Kelnerka, gdy zamówiliśmy coś do picia, patrząc mi w oczy od razu podała rurkę – mówi Wiktoria.
– A ja myślę, że tutaj ludzie nie boją się spojrzeć na niepełnosprawną osobę, nie unikają spotkania, ani rozmowy. Akceptują osobę i jej wygląd. Tolerancja „inności” jest chyba na innym stopniu – odpowiadam. To jednak osobny temat.

Bardzo dziękuję Wiktorii i jej mężowi za spotkanie, a ona prosi o przekazanie pozdrowień czytelnikom Wiadomości24.pl.

PS. Tę prawdziwą historię polecam każdemu. Na pewno, po jej przeczytaniu poczujecie się o wiele bogatsi. Zwracam także uwagę na bardzo interesujący wstęp do „Strefy cienia”.
*
fonetyczna pisownia Tag wohl, czyli dzień dobry, cześć, serwus itp w tutejszym dialekcie.”

    

Tekst pochodzi z serwisu Wiadomości24.pl, znaleźć go można pod adresem:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/zamiast_recenzji_spotkanie_z_wiktoria_153512-1–1-d.html
Zdjęcia też pochodzą z tego materiału.
Autorką tego tekstu jest Pani Barbara Romer Kukulska.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: